Na wstępie wybaczcie relację z dwutygodniowym opóźnieniem, ale w życiu każdego rajdowca i męża przychodzi taki moment, że rodzina się o niego upomni. Stąd ostatnie tygodnie urlopowałem, odkładając kierownicę na drugi plan.
Po wypadku w węgierskim rajdzie GEKO do Transylwanii jechałem ze sporym zapasem pokory. Rajd SIBIU był bowiem pierwszym występem na luźnej nawierzchni, a jak uczy doświadczenie, przecieranie szlaków nie jest moją mocną stroną. Filmiki na Youtube utrzymywały mnie w przekonaniu, że będzie równo, szeroko i przyjemnie. Tym bardziej dziwiły komentarze Hołka, że w Rumunii czekają na mnie dziury, skały i wyryp. Podejdź do Sibiu z dużym dystansem – ostrzegał – bo im trudniejszy rajd, tym bardziej faworyzuje lokalnych. Z nikim się nie ścigaj, jedź cały czas swoim tempem i z priorytetem mety. W porządku Szefie. Tym razem choćby nie wiem co, posłucham.
Kto w piątek po pracy wyjeżdżał z Warszawy, wie co to agresja i chaos na drodze. Prawie. Takiej eskalacji jak w Rumunii nie doświadczyłem nigdy. Najbardziej niebezpieczne jest tam to, że dojeżdżając do szczytu możesz być praktycznie pewien, że na Twoim pasie stać będzie ciężarówka lub w najlepszym wypadku spotkasz się z autobusem wyprzedzającym na trzeciego. Sygnalizacja świetlna pełni jedynie rolę estetyczną, bo na zielonym nie sposób opuścić skrzyżowania. Hołek powtarzał, że rajd będzie ciężki, nie spodziewałem się jednak, że samo dojechanie na niego będzie nie lada wyzwaniem…
Ad rem. Wszystko co wiąże się z organizacją rajdu oceniam jako wzorcowe. Zachodnia Europa może się tylko uczyć takiego porządku i dyscypliny. Nie wspomnę już o wspaniałej atmosferze tworzonej przez licznie zgromadzonych kibiców. Ruszając na OS-y od razu w głowie zabrzmiała mi przestroga Hołka o wyrypie. To nie są szutry, tylko slalom między skałami! Jak tu zrobić opis odcinka, jeśli co kilkadziesiąt metrów pojawiają się wybicia (nierówności podbijające zawieszenie – przyp. autora), a obecne ułożenie kamieni zmieni się już po przejeździe pierwszej załogi. Na całe szczęście współpraca z Szymonem układa nam się coraz lepiej i po objechaniu wszystkich odcinków opis usiadł nam idealnie.
Ceremonia startu odbyła się na niezwykle urokliwej starówce miasta Sibiu. Cóż za wspaniałe uczucie potęgowane wręcz nieprzebranymi tłumami entuzjastycznie reagujących kibiców. W Polsce coś nie do pomyślenia. Ostatni raz kojarzę taki widok z 1998 roku na krakowskich Błoniach. Dla mnie zawodnika to prawie połowa przyjemności płynącej z udziału w imprezie rajdowej.
Pierwszy dzień zmagań to ostrożna jazda i konfiguracja zawieszenia. Na tak nierównych odcinkach dobre ustawienie amortyzatorów to być albo nie być dla pewności prowadzenia samochodu, tym bardziej, że jest tu wiele szybkich partii. Niestety drugi odcinek to dwa lewe kapcie i walka o dotarcie do mety bez większych strat. Udało się, koła zmieniamy za metą, ale 3 minuty straty są.
Druga pętla stała pod znakiem rozrytej nawierzchni i omijania kamieni. Odcinki były przez to tak trudne, że aż wpadłem w trans maksymalnej koncentracji, co w efekcie dało lepsze czasy. Dzień zakończył superoes na torze rallycrossowym, czyli wymarzony scenariusz dla mnie, weterana tej dyscypliny. Zanotowaliśmy na nim tak dobry czas, że udało mi się zaskoczyć samego Szymona, mojego pilota, nie wspominając o konkurentach.
Trzecia, bardzo późna, pętla to dla nas same straty. Najpierw zbyt zachowawcza jazda na asfalcie, później problemy z interkomem, co w nocy przy unoszącym się kurzu spowodowało kolejne duże różnice w czasie w stosunku do reszty stawki. Ale mniejsza o to, przecież nie przyjechałem się tu z nikim ścigać ;)
Drugi dzień rajdu zapamiętam jako ogromne wyzwanie kondycyjne. Wyobraźcie sobie 60 km pokonanych non stop przy upale dochodzącym do 40 stopni Celsjusza (w aucie jest co najmniej 20 stopni więcej), przy zamkniętych szybach, w kombinezonie i w ferworze walki. Teraz rozumiem dlaczego Hołek doradzał mi pobyty w saunie i jednocześnie wykonywanie ćwiczeń fizycznych. Tak właśnie się czułem. Całe szczęście im trudniej, tym lepiej mi wychodziło, dlatego dzień przejeżdżamy bez większych problemów i z poczuciem wielkiej satysfakcji. Wisienką na torcie był kończący rajd superoes, na którym przyjąłem strategie maksymalnego ataku nie ze względu na rywalizację, ale przyjemność z jazdy.
A teraz co nie co o wynikach i to w dwóch różnych ujęciach. Rajd ukończyliśmy na ósmym miejscu wśród aut przednionapędowych, choć w mojej osobistej klasyfikacji czuję się wicemistrzem zawodów. Sześć załóg przed nami to kierowcy z Rumunii, którzy zdaniem Hołka są tu nie do objechania i po przebyciu tych tras zgadzam się z nim w pełni. Tu trzeba doskonale wiedzieć, gdzie i na ile można sobie pozwolić, a margines między szczęściem na mecie a rozpaczą na poboczu jest bardzo wąski. Nigdy nie sądziłem, że będąc tak daleko od podium będę się tak bardzo cieszył. Mistrzostwa Europy to naprawdę coś niebywale trudnego i każde, nawet najmniejsze zwycięstwo, smakuje jak pudło nad Wisłą.
Przed nami rajd Barum, który wymagać będzie sporo treningów, aby na nowo skalibrować jazdę na nawierzchnię asfaltową. Z kolei za miesiąc Rajd Polski, na którym mam ogromna nadzieję wystartować u boku mojego klubowego Guru. A do Rumunii wrócę jeszcze w tym roku, gdyż na pożegnanie z Sibiu dostaliśmy zaproszenie od organizatorów. Bardzo się cieszę, bo choć okazało się, że to jedne z najbardziej wymagających rajdów świata, to tak jak tam, nie robi się ich nigdzie indziej. Serio.
