J. Clarkson z właściwą dla siebie swadą określił CLK Black jako największy thriller od czasu, kiedy Michael Jackson się wybielił. Recepta na dobry thriller w wykonaniu Blacka jest nieskomplikowana. To taka swoista motoryzacyjna brzytwa Ockhama – osiągnąć piorunujący, a zarazem wyrafinowany efekt za pomocą niewielkiej liczby stosunkowo prostych środków. Oto najistotniejsze z nich – potężny, atmosferyczny V8 generujący 507 KM, tylny napęd oraz symboliczny w stosunku do dwóch poprzednich elementów elektroniczny kaganiec bezpieczeństwa. Można go zresztą zdjąć naciśnięciem jednego przycisku – ESP off. Tak na marginesie, Miś twierdzi, że kaganiec nie spada wtedy całkowicie, utrata przyczepności tyłu skutkująca wychyleniem auta powyżej 60 stopni względem długiej osi ponoć wzbudza do życia ESP mimo jego wyłączenia… Wierzę na słowo, jednak nie wydawało mi się rozsądnym weryfikować przy pierwszym zapoznaniu z Blackiem. Jeśli do tego wszystkiego dodamy nastawy zawieszenia w pełni regulowane w zależności od potrzeb – jazda poza przyczepnością bądź drogowa (i torowa) stabilność, mamy archetyp idealnego auta do cieszenia się jazdą.
Ponieważ moja edukacja jako kierowcy sprowadza się w praktyce do aut przednio- i czteronapędowych, postanowiłem z respektem podejść do legendy Blacka. Przez kilka dni chodziłem powtarzając sobie, że nie mogę nim jeździć jak Imprezą, Evo, ani nawet GT-Rem. Kamil utwierdził mnie w tej refleksji podając kilka istotnych wskazówek. A więc jednym zdaniem – koniec z partyzantką AWD, wyrażającą się nastawieniem but w podłogę i jakoś to będzie. W Blacku z takim podejściem, cytując klasyka, nie będzie niczego, gdyż jest to auto, do którego zdecydowanie najlepiej pasuje maksyma mniej znaczy więcej. Potwierdził to niemalże każdy z ponad 800 wspaniałych kilometrów, które spędziłem w CLK na przestrzeni niespełna czterech dni.
Gardłowy dźwięk V8 już po uruchomieniu zabrzmiał wspaniale, tak jakby od razu chciał zaprosić do jego wysłuchania w całym zakresie obrotów. Cóż z tego, skoro pierwsze 120 km zapoznania przypadło na deszczową aurę… Emocje na wodzy, ale może to i lepiej – wyostrzony obraz nieustannie uślizgującego się tyłu w reakcji na nieostrożne obchodzenie się z gazem nawet na prostej, niezależnie od przełożenia, był dobrą pierwszą lekcją przed dalszymi doświadczeniami. W skrócie – przez bite trzy dni Black zdawał się mi mówić „sprawdzam” przy każdej okazji – podczas przyspieszania, redukcji, składania się do zakrętu… A zwłaszcza na wyjściu, gdzie nawyk wczesnego gazu wyniesiony z jazdy AWD stawał się absolutnie nieakceptowalny. Dlatego też dla mnie znalezienie właściwej relacji z CLK nie oznaczało wejścia w obszar ekstremów (co było w pewnym sensie nieuniknione w GT-R), lecz raczej powrót do samych podstaw. Nie, nie robiłem pustych kilometrów. Jeździłem ciekawymi, dobrze znanymi odcinkami szukając na nich optymalnego toru jazdy, pracując nad synchronizacją hamowania, ujmowania gazu i skrętu, a także ćwicząc wyjścia z zakrętów zgodnie z zasadami sztuki właściwej dla tylnego napędu. To głównie na wyjściach przy wyłączonym ESP stoczyłem kilka pomniejszych potyczek z uślizgującym się tyłem. Ale nie tylko – małe walki zdarzały się również przy przyspieszaniu, zwłaszcza na nierównej nawierzchni. W miarę wzrastającego poziomu odwagi te krótkie konfrontacje stawały się nieuniknione, lecz bezsprzecznie dodawały smaku całej rozgrywce. Przypominały, że mam do czynienia z wymagającym partnerem. W tym sensie potencjał dydaktyczny CLK jest nieporównywalnie większy niż GT-Ra – ten ostatni, jeśli mówi sprawdzam, to tylko w odniesieniu do wyobraźni i odwagi kierowcy, a nie jego umiejętności.
Kiedy już otrząsnąłem się z pierwszych wrażeń związanych z postrzeganiem mojej własnej pozycji w grze z samochodem, zacząłem się baczniej przypatrywać jemu samemu. Czy przy absolutnej fascynacji Blackiem jako całością potrafiłbym znaleźć w nim jakieś słabe punkty? Owszem, wskazałbym dwa. Pierwszym z nich jest waga. Kiedy nazajutrz po rozstaniu z CLK wsiadłem do Evo X wyruszając do pracy, wręcz zaatakowało mnie poczucie lekkości. Absolutnie niezwykłe w odniesieniu do Evo X, któremu w tej kategorii można by również sporo zarzucić… W istocie, mimo doskonałej przyczepności przodu V8 Blacka ma swoją wagę, co czuć szczególnie podczas hamowania przed zakrętem. Drugim, w moim odczuciu poważniejszym mankamentem, jest siedmiostopniowy klasyczny automat. Mówiąc oględnie, nie stałoby się nic, jeśli działałby szybciej. Idąc za radą Kamila jeździłem od początku do końca w trybie manualnym. Zdarzyło mi się kilkukrotnie, opóźniając hamowanie, być zaskoczonym podczas zwalniającej redukcji – nastąpiła ona za późno…
Po zapoznaniu z Blackiem odszukałem gdzieś archiwalny numer miesięcznika EVO, w którym opisano to auto po raz pierwszy. Okazało się, że obiekcje wobec skrzyni nie były tylko moim wymysłem. Zresztą, w podsumowaniu różnych aut na końcu każdego numeru w kolumnie „minusy” widnieje obok CLK Black bardziej dosadne stwierdzenie: dull-witted gearshift spoils the party. Być może dyskusyjnym jest, czy Black powinien być wyposażony w ręczną skrzynię, choć w takiej dyspucie raczej bym za tym obstawał. To jednak temat na bardziej ogólne rozważania na temat kierunku, w którym zmierza współczesna motoryzacja.
Podsumowując – kiedy wysiadłem z Blacka po przejechaniu pierwszych 800 km czułem się jak partyzant, któremu przez chwilę dane było udawać oficera regularnej armii. Bez wątpienia to auto dla wytrawnych kierowców. Paradoksalnie jednak, amator przy odpowiednim podejściu może w kategoriach dydaktycznych skorzystać z niego o wiele więcej niż z czegokolwiek innego w świecie supersamochodów. A podkreślając subiektywizm osądu – CLK Black w kategoriach fascynacji i frajdy z jazdy bije na głowę wszystko, czego dane mi było do tej pory doświadczyć.
Tomek / Klubowicz Supercar Club Poland
