Stąd kiedy wybieraliśmy pierwsze auta do Supercar Clubu, moje największe wątpliwości wzbudzał przedstawiciel amerykańskiej myśli technicznej. Korciło mnie, aby w ogóle pominąć ten kontynent – w Europie i Japonii powstają wszystkie samochody, jakich potrzeba mi do szczęścia. Jednak nasz klub nie ma dbać tylko o moją satysfakcję a są wśród nas i tacy, którzy z entuzjazmem rozprawiają o muscle cars.
Moje wątpliwości rozwiały się za sprawą wieści z Niemiec a konkretnie z miejsca, które bezlitośnie weryfikuje samochody pod kątem kompetencji sportowych. Miejsca, wobec którego czuję wielką pokorę, bo przekonałem się na własnej skórze, jak bardzo jest wymagające. Nürburgring Nordschleife. Gdy podówczas nowa Corvette ZR1 pokonała na Ringu czas GT-R-a, i to pokonała znacząco, zacząłem zastanawiać się, czy przypadkiem nie ulegam stereotypom. Oznaczało to jedno - musiałem się przejechać.
Pierwsze wrażenie z jazdy jest dla mnie zawsze najważniejsze. W Corvette było to „wygodna ale pewna w prowadzeniu”. Mimo obiektywnej niskości zza kierownicy wydaje się wręcz wysoka. W porównaniu do typowych aut sportowych nie czuję się, jakbym szurał tyłkiem po asfalcie. Vettka jest normalnie zawieszona, ładnie pracuje na nierównych drogach a amortyzatory wybierają w pełnym znaczeniu tego słowa. Napompowane błotniki dają poczucie, że od niebezpieczeństw oddziela mnie solidna warstwa blachy. Patrząc zza kierownicy na długą maskę wyrastającą zza przedniej szyby, przypomina mi motorówkę, miękko unoszącą się nad powierzchnią wody, ale w każdej chwili zdolną do szybkiej choć zamaszystej zmiany kierunku.
Po kilkudziesięciu kilometrach trasy i niezliczonych wyprzedzeniach ani razu nie zakręciłem silnika powyżej 3500 obrotów. Sześciolitrowe V8 sprawnie zbiera się z dołu i mam tu na myśli absolutny dół, niemal piwnicę. Moment wystarczający do dowolnych manewrów pojawia się praktycznie od wolnych obrotów. Koleiny nie ściągają tak bardzo i, kurczę, nawet ta konserwatywna automatyczna skrzynia pracuje dokładnie w rytm silnika. Wszystko dzieje się niespiesznie ale niezwykle muskularnie. Żółte cabrio nie musi się spinać, aby połykać cały drogowy ruch. W ogóle nie musi się spinać.
I wtedy dotarło do mnie, o co chodzi z tym samochodem. Robiliście kiedyś interesy z Amerykanami? Hey man, don’t be edgy. We will sort it out anyway. Be cool. Słowem – wyluzuj się. Życie jest zbyt fajne, żeby marnować je na szukanie problemów. Vettka dokładnie taka jest – bezstresowa. Owszem, we wnętrzu trochę tandetna, skrzynia mogłaby pracować szybciej a hamulce ostrzej. Ale… jakoś mi to kompletnie nie przeszkadza. Corvette C6 w podstawowej wersji to fenomenalny samochód na wszelkiego rodzaju trasy, kiedy się nie spieszysz a nad głową przyjemnie przygrzewa słońce i możesz otworzyć dach. Wtedy nie szukasz przeciążeń, emocje sportowe odkładasz na bok, a na pierwszy plan wychodzą wygoda i bezstresowa jazda. Jest pełnoprawnym supersamochodem, ale bez tych wszystkich przycisków sport, pokręteł pracy skrzyni, dyferencjałów, sztywności amortyzatorów czy kontroli startu. Amerykanie wyszli ze słusznego założenia, że żadna z tych rzeczy nie jest potrzebna do pierwotnej radości z jazdy.
Może jeszcze tylko ta piosenka na pokładzie:
I choć nie jest to świat, w którym czuję się najlepiej, to zdecydowanie chcę go odwiedzać raz na jakiś czas. Wtedy gdy ułamki sekund nie grają roli a trasa ma być relaksem i przygodą. I być może dlatego po dwóch latach z Vettką w klubie zaczynamy coraz częściej rozmawiać o nowym Viperze…
Chcesz dostawać info o nowych wpisach?
