Grupa naTemat

Wolisz moc czy moment?

A TY jeździsz mocą czy momentem?
A TY jeździsz mocą czy momentem?
Jako że nie ma nic praktyczniejszego niż dobra teoria, czas na wykład o najczęściej mylonych pojęciach w motoryzacji – mocy i momencie.

Widziałeś kiedyś majestatycznie obracające się ogromne śmigło elektrowni wiatrowej? Wyobraź sobie, że chcesz je zatrzymać. Jesteś bez szans. Z łatwością je chwycisz, bo porusza się powoli, ale cokolwiek zrobisz, nie wpłyniesz na jego ruch; nawet jeśli się go uczepisz, porwie cię ze sobą. Takie śmigło wytwarza wielki moment obrotowy.

Moment obrotowy to siła, jaką musiałbyś pokonać, aby je zatrzymać. Jednocześnie to samo śmigło ma relatywnie niewielką moc (w stosunku do momentu), ponieważ kręci się powoli a moc to siła przemnożona przez prędkość. Lub inaczej – siła rozwijana w jednostce czasu.

Z kolei malutki, szybko śmigający wiatraczek domowy ma relatywnie wysoką moc, bo kręci się szybko, ale za to niewielki moment obrotowy. Zatrzymasz go jednym palcem, bo siła obracająca jest nieduża, ale porządnie zaboli, gdy stuknie. Stuknięcie to efekt mocy, czyli momentu przemnożonego przez szybkość.

Gdy wiatr zaczyna dąć, wielkie śmigło elektrowni wiatrowej rozpędza się powoli – potężna siła długo pokonuję olbrzymią inercję. Malutki wiatraczek znika w oczach, rozmyty w swym pędzie, w ułamku sekundy po włączeniu prądu.

Podobnie jest z silnikami.

Te o dużym momencie w stosunku do mocy świetnie ciągną ciężkie przyczepy, bo są silne. Jednak kiepsko reagują na cokolwiek, w tym zwłaszcza na gaz – są ospałe. Lubią stały, równomierny ciąg, żadnych przyspieszeń, zwolnień i ponownych przyspieszeń. Klasyczny przykład to diesle – idealne do lokomotyw, statków czy TIR-ów.

Te o wysokiej mocy w stosunku do momentu są bardzo dynamiczne, zrywne, ale potrzebują do tego mnóstwa obrotów i łatwo tracą ciąg, gdy pojawia się górka czy znajdą się na za wysokim biegu. Na przykład hondowskie VTEC-i. Ciągnąć takim silnikiem przyczepę to jak zaprząc charta do furmanki.

W praktyce momentem auto się „wyciąga”, mocą zaś „napędza”. Dynamiczny kierowca potrzebuje obu – momentu żeby odejść z zakrętu czy wyjść z poślizgu, mocy aby szybko nabierać prędkości i prowadzić auto gazem. Najlepiej jeździ mi się autami, które „liczbowo” mają mniej więcej tyle samo momentu co mocy, z lekką przewagą momentu: 200 KM i 240 Nm, 300 KM i 360 Nm, 400 KM i 480 Nm, 500 KM i 600 Nm itp. To taka treściwa proporcja, łatwa do wyczucia i dobra do pracy poza granicami przyczepności. Nie lubię dziwadeł w rodzaju 200 KM i 150 Nm czy 150 KM i 350 Nm – jeżdżąc pierwszym ma się wrażenie, że nie sposób nim odkręcić butelki z Colą, drugim że jest bardziej adekwatny do pracy w polu niż na drodze.

Czasem mówi się, kompletnie błędnie, że lepszy jest moment od mocy (ulubiony slogan propagandy stosowania diesli w samochodach osobowych). Jedno wielkie nieporozumienie, zresztą w obie strony. Moment i moc są bezpośrednio ze sobą powiązane i moc to nic innego jak moment rozwijany w jednostce czasu. Dlatego odpowiedź na barowe pytanie, co jest lepsze – moc czy moment – jest niezwykle prosta: najlepszy jest moment proporcjonalny do mocy. Najlepiej w jak najszerszym zakresie obrotów. To czyni silnik spójnym. Każda znacząca dysproporcja odbija się na użyteczności silnika i sprawności jazdy autem w niego wyposażonym.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Krzysztof Hołowczyc
Skomentuj