Madmobile (cz. II)

Wyświetlacz zamiast tradycyjnego obrotomierza? Analogowa wskazówka nie nadąża za tempem akcji w V-dwunastce Aventadora.
Wyświetlacz zamiast tradycyjnego obrotomierza? Analogowa wskazówka nie nadąża za tempem akcji w V-dwunastce Aventadora. www.supercarclub.pl
Nieważne jak szybkimi autami jeździłem wcześniej. Nic nie było w stanie przygotować mnie na pełne otwarcie przepustnicy Aventadora.

Madmobile cz. I

Każde, nawet bardzo szybkie auto ma jakąś zwłokę w reakcji na gaz. Wolnossące V12 Lamborghini zaskoczyło mnie jej kompletnym brakiem. Zareagowało równocześnie z prostowaną prawą stopą, idealnie proporcjonalnie do stopnia wciśnięcia gazu. Zazwyczaj duże silniki muszą się skotłować zanim zbiorą się do pełnej mobilizacji i pierwsza faza pełnego przyspieszenia to kompresowanie sprężyny, która po chwili oddaje energię ze zdwojoną siłą. Avi zareagował, jakby w aucie z podtrzymaniem zdjąć nogę z hamulca – nie potrzebował się rozkręcać, tylko żeby odpiąć mu w końcu smycz. Pierwszy strzał przyspieszenia okazał się pozbawiony jakiejkolwiek izolacji – był bardziej uderzeniem młotem niż piłką.

Czując potęgę ciągu uwolnionych gwałtownie wszystkich 700 koni odruchowo oczekiwałem, że coś musi się poddać – zapewne trakcja. F12 Berlinetta o podobnej mocy potrafi przenieść nie więcej niż połowę gazu w takiej sytuacji, dalej musi ingerować elektronika, dławiąc silnik i stabilizując miotający się tył. Napędzany na wszystkie koła Aventador wykorzystał każdy dostępny ułamek przyczepności czterech ogromnych kół i przeniósł falę momentu na asfalt bez uronienia kropli akceleracji. Nie znaczy to bynajmniej, że obyło się bez dramatyzmu – szarpane potężnymi siłami podwozie starało się wyrwać spod kontroli, spazmatycznie wijąc się w mikroznosach na lewo i prawo. Gdyby nie rajdowy odruch trzymania gazu po sam kres możliwości zapewne odjąłbym go, nie wierząc, że auto może tak skutecznie przyspieszać. W końcu pojąłem, co oznacza w realnym świecie suche katalogowe 2,8 sekundy do setki. Kosmos. Sądziłem, że takie rzeczy to tylko w rajdówkach.


Gdy silnik wspiął się na wyżyny swoich obrotów, stała się rzecz niewyobrażalna – intensywność przyspieszenia wzrosła jeszcze bardziej. Wprasowany w fotel z żółtej alcantary, czując chwilowy odpływ krwi z głowy i fizyczną kompresję trzewi, musiałem walczyć z pokusą przedwczesnej zmiany biegu. Niby wiem, że ten silnik najchętniej pracuje w okolicach ośmiu tysięcy, ale czym innym jest wiotka wysokoobrotowa dwulitrówka, z której chce się wycisnąć każdą setkę rpm a czym innym sążnisty 6,5-litrowy behemot, którego góra przeraża, sprawiając wrażenie, że za moment w promieniu kilkuset metrów porozrzucane będą odłamki rozerwanych na strzępy dwunastu cylindrów. 3-litrowy turbodiesel dakarowego Mini, żyjący w pełni tam, gdzie Aventador ma wolne obroty, przyzwyczaił mnie do zgoła innych wrażeń. Mimo to dociągnąłem do końca skali, zanim pociągnąłem prawą manetkę.

Klik.

A raczej łup. Potężny łomot wchodzącego kolejnego biegu i uderzenie powracającego przyspieszenia. Niewiarygodne jak ogromne siły musi przenosić tu układ napędowy. Odrobina przerwy w strumieniu przyspieszenia. Skrzynia Aventadora to dość prymitywna konstrukcja w porównaniu do dwusprzęgłowych cudów Ferrari czy Porsche. I tak do 130 km/h, które ten żółty byk osiąga już po 4,5 s. Pamiętam czasy, gdy bardzo szybkie auta potrzebowały tyle, aby rozpędzić się do 60 km/h.

Czasy się zmieniają, ale pewne rzeczy pozostają niezmienne. Jak szaleństwo Lamborghini i moja dziecięca fascynacja takimi urządzeniami.
Trwa ładowanie komentarzy...