Madmobile

Kiedy zapada noc, wyczulają się zmysły, odzywa się w nim instynkt drapieżcy. Pochłania przestrzeń z łatwością, jakiej próżno szukać gdzie indziej w drogowej dżungli
Kiedy zapada noc, wyczulają się zmysły, odzywa się w nim instynkt drapieżcy. Pochłania przestrzeń z łatwością, jakiej próżno szukać gdzie indziej w drogowej dżungli www.supercarclub.pl
Hołek testuje 700-konnego Aventadora.

Wyjechałem przed piątą. Wiosenny świt witał rosą i aż za rześkim chłodem. Na drogach pusto, gdzieniegdzie przemykające pojedyncze auta. Na wylotówce z Warszawy zdałem sobie sprawę, że oto spełnia się jedno z moich samochodowych marzeń. Tu i teraz, w Polsce, prowadzę absolutnie najbardziej ekstrawertyczne auto świata, którego widok na salonie w Genewie trzy lata temu wzburzył mi krew jak nic od czasu Subaru Imprezy 22B. Od razu wiedziałem, że kiedyś staniemy oko w oko i zmierzymy się na drodze. Ta chwila właśnie nadeszła.

Szerokość tego monstrum sprawia, że miasto przytłacza – jeden pas to za mało. Pierwszych kilkanaście minut za kierownicą Aventadora poświęciłem na ostrożne wydostanie się z centrum. Przesadnie donośny szum 335-milimetrowych opon budował podświadome wrażenie, że powolna jazda jest tu czymś nienaturalnym. Przy 100 km/h na siódmym biegu w trybie Strada sześcio-i-pół-litrowy dwunastocylindrowy silnik zdaje się być na pograniczu zgaśnięcia. Dotąd nie przeszedłem jeszcze nawet na manetki, dając sobie i autu czas na zapoznanie się i rozgrzanie w możliwie łagodny sposób. Prawą stopą ledwie muskam potężny aluminiowy akcelerator i wyobrażam sobie, jak to będzie, gdy pierwszy raz go wcisnę. Ale tak naprawdę wcisnę... Wszystkimi zmysłami czuję, że tuż za mną czai się coś olbrzymiego, czego jeszcze nie obudziłem. Jakbym siedział w malutkim namiocie i przez brezent słyszał charczenie śpiącego tuż za nim buhaja. Ba, czuł ziemię drżącą od haustów powietrza wydychanych przez tonową bestię.


Długi gładki łuk prowadzący do autostrady pozwolił po raz pierwszy poczuć pracę wyczynowego zawieszenia pushrod o poziomo zamontowanych amortyzatorach i sprężynach, które widoczne przez szybę w tylnej klapie budzą tyle samo ciekawości co silnik i niesymetryczna krzyżakowa rozpórka. Mimo że nie zmniejszyłem ani trochę prędkości, nie poczułem żadnego przechyłu. Zaparte na szeroko rozstawionych kołach auto prowadzi się tak stabilnie, że dwukrotnie wyższa prędkość nie zrobiłaby na nim wrażenia. Takie prowadzenie kojarzę tylko z wyczynowych bolidów.


Na pasie włączającym się w autostradę specjalnie zwolniłem i po raz pierwszy kliknąłem lewą manetkę, redukując bieg. I jeszcze jeden. I kolejny. Trzy błyskawiczne skoki obrotów, trzy krótkie warknięcia silnika za moimi plecami. Na środkowej konsoli włączam tryb Corsa, co zaostrza reakcje wszystkich podzespołów i otwiera by-pass w wydechu. Już nie mam wątpliwości, że obudziłem bestię. Teraz muszę stanąć z nią oko w oko. Jeszcze jeden klik. Trzeci bieg, silnik wyrywa się z mocowań i chrypi żelaznym bulgotem krztusząc się niedopalaną benzyną. Cały karbonowy monokok wibruje drganiami przeszywającymi ultrasztywną konstrukcję. Gdyby nie wygodne fotele obszyte alcantarą, dałbym głowę, że siedzę w rajdówce.


Widok szerokiej, odludnej i długiej po horyzont drogi sprawia, że instynktownie kulę się w fotelu, przymrużam oczy, zaciskam dłonie na grubej kierownicy. Ani ja, ani on nie wytrzymamy już dłużej napięcia. Tylko my dwaj. Tu i teraz. Wciskam gaz. Do... Samego... Końca.

Nieważne, jak szybkimi autami jeździłem wcześniej. Nic, ale to absolutnie nic nie było w stanie przygotować mnie na pełne otwarcie przepustnicy Aventadora. Opiszę wrażenia, gdy ochłonę. Zapraszam niebawem.

Madmobile (cz. II)
Trwa ładowanie komentarzy...